niedziela, 18 marca 2012

Recenzja - "Królewna Śnieżka": umiar, takt i subtelny wdzięk

Choć Śnieżka odsłania nieco mniej romantyczną naturę, nie przekracza granicy między szlachetnością i okrucieństwem. 
Czegóż spodziewać się można po kolejnej "Królewnie Śnieżce"? Złej Królowej (Roberts) i gnębionej księżniczki (Collins), krasnoludków i czarodziejskiego zwierciadełka, miłości i miłosnych, ma się rozumieć, przeszkód. Wszystko to w filmie Tarsema Singha jest, powiem więcej - nie ma w nim właściwie niczego więcej (ale też niczego mniej). A ogląda się tę nową "Śnieżkę" wyśmienicie! Po rozszalałych pomysłach na uwspółcześnianie klasyki, wykręcanie jej, wyciskanie i popkulturowe rozwalcowywanie ktoś wreszcie postawił na umiar, takt, subtelny wdzięk.
Widać oczywiście, że film zrobiony został współcześnie: krasnoludki to karły, ale tworzące rodzaj bandy i dokonujące kradzieży na "składanych" szczudłach pozwalających im poczuć się trochę jak superherosi; lustereczko wciąż gada ze Złą Królową, ale najpierw ta musi przejść przez rodzaj wodno-lustrzanego tunelu. Magia sprawcą może być wiecznej młodości, chociaż służą też jej frywolne zabiegi kosmetyczne z użyciem, dajmy na to, pełzających stworzeń i leczniczych odchodów.

Jesteśmy jednak w świecie, który nie stanął na głowie. Śnieżka może nauczyć się fechtunku i odsłonić nieco mniej romantyczną naturę, ale granicy między szlachetnością i okrucieństwem nie przekracza. Zła Królowa może mieć twarzJulii Roberts (któż inny jak nie ona powinien zagrać starzejącą się ikonę piękności?), ale to wciąż bohaterka podła, chociaż nie raz i nie dwa wzbudzająca sympatię. A Książę (Hammer), nawet jeśli obezwładnia panie swoim ciałem ("zarośnięty i gładki jednocześnie" - mamrocze Roberts), które wciąż w imię krasnoludkowej kary odsłania, mimo wszystko narcyzem nie jest, lecz jedynie poczciwym młodzianem z tendencją do życiowej naiwności.
Niewymowna to ulga, kiedy w bajce dla dzieci nikt nie próbuje sprzedać dziesięciu żartów w dwie minuty i dziesięciu zwrotów akcji w kwadrans, kiedy historia nie wlecze się, ale zachowuje imponująco trafiony, niespieszny rytm, kiedy wreszcie nie rozsypuje się co chwila worek z aluzjami tylko dla dorosłych (nawet jeśli zdradzić nie mogę, dlaczego karaluch skarżył się na konika polnego), bo nie oni są tu widzem najważniejszym. Można zatem zrobić rzecz teoretycznie po bożemu, a zarazem wpuścić w nią niewymuszone powietrze, dyskretne zaskoczenia (warto poczekać na napisy końcowe), bajkową klasę: przyznać trzeba, w filmach dla najmłodszych obecną coraz rzadziej. Tych właśnie filmów mamy bezsprzecznie nadprodukcję, ale "Królewny Śnieżki" przegapić nie można. Nawet jeśli przy tej okazji internauci rozpisują się głównie o wyjątkowo bujnych brwiach Lily Collins.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...